Home > Felieton, Recenzja Film > Megaman movie – recenzja wytworu fanów

Megaman movie – recenzja wytworu fanów

Bardzo ciężko oceniać mi produkcję Eddie’ego Lebrona. Czy mam patrzeć na to wszystko, jak na niskobudżetowy wyrób produkcji fanów gry, czy też jak na pełnometrażowy, normalny film? Pod jakim kątem oceniać pierwszy film z Blue Bomberem? Postaram się nieco połączyć oba spojrzenia i opisać po prostu wrażenia, jakie odczuwałem śledząc przygody skośnookiego (jak się okazuje) bohatera z dzieciństwa.

Za film odpowiedzialny jest w dużej mierze jeden człowiek. To właśnie Eddie Lebron – sam napisał scenariusz i sam wyreżyserował to „wiekopomne” dzieło. Aktorzy to, rzecz najjaśniejsza, amatorzy, dla których jest to pewnie pierwszy występ przed kamerami i – jeżeli Lebron nie wpadnie na nakręcenie sequela – zapewne ostatni. Amatorskość widać w tej produkcji na każdej filmowej klatce, mimo, iż Lebron za wszelką cenę próbuje to skrzętnie ukryć. I to zachowanie jest właśnie główną wadą – dlaczego reżyser stara się ukryć kicz, którego przecież ukryć się w takiej produkcji nie da? Powiedzmy sobie wprost – film z kolesiem w niebieskim lateksie i z nocnikiem na głowie, w dodatku bazujący na grze z 1987 roku, po prostu powinien być kiczowaty i nikt nie powinien się z tym kryć, a wręcz na każdym kroku się z tym afiszować.

Mniejsza o to – film broni się sam. Mimo starań Lebrona, jest kiczowaty. I jest to komplement w stronę filmu, broń Boże wyrzut. Efekty specjalne, bez których przecież nie wyobrażamy sobie filmu o Megamanie, stoją gdzieś na poziomie produkcji AVGN. I w tym momencie moje spojrzenie pod kątem oceny filmu fan-made zaczyna się uwypuklać. I podejrzewam, że zostanie tak do końca. Nie oszukujmy się – jakbym miał oceniać Megamana, jako produkcję nakręconą dla korzyści, nie wyłowilibyście tutaj ani jednego komplementu w stronę japońskiego tworu. Ale przecież nie o to chodzi w rzeczach tworzonych przez fanów, aby jeździć po nich w recenzjach. Film kierowany jest do określonej części społeczeństwa – do ludzi uwielbiających zagrywać się w przygody Blue Bombera, a więc ja, jako odbiorca, nadaję się do seansu idealnie.

Ekranizacja Megamana, dotyczy jego przygód z części pierwszej gry. Fabuła, jaka jest – każdy widzi i zrozumie przy pierwszym oglądaniu. Zasłużony w dziedzinie nauki i robotyki Dr Thomas Light przymierza się do odebrania nagrody Nobla. Jego asystent, Dr Albert Wily, zazdrosny i pozostający w cieniu Lighta (jakkolwiek to brzmi), postanawia się zemścić. A że drań z niego niebywały, co zresztą sami już dobrze wiecie, przeprogramowuje sześć robotów, które miały pomagać ludzkości. Wychodzą one na ulicę wielkiego miasta i sieją chaos oraz spustoszenie. Light nie zamierza próżnować. Wskrzesza do życia robota o imieniu Rock, nad którym wcześniej pracował razem z Wily’m, przeprogramowuje go na wersję bojową i w ten sposób zaczyna się „epicka” walka dobra ze złem.

Jeżeli graliście w grę Capcomu, ma pewno wielce zaskoczeni owym rozwojem wydarzeń nie jesteście.

Innej wersji scenariusza nie mogliśmy zresztą oczekiwać – wszystko pokrywa się z fabułą gry. Jedynie scenerie są inne, co zresztą nie dziwi. Ciężko spodziewać się po filmie, aby walka z Icemanem odbywała się na Grenlandii, a z Elecmanem na terenie elektrowni. Wszystkie walki toczone są na ulicach miasta.

Co do samych walk – są one strasznie statyczne, to zrozumiałe. Wywołują nie raz uśmiech politowania, który jednak przekształca się w szczery, sentymentalny uśmiech, gdy przypomnimy sobie, jak my w dzieciństwie wyobrażaliśmy sobie potyczki Megamana z Robot Mastersami. Nie można mieć przecież pretensji do aktorów, czy choreografa (a w napisach wyczytałem, że taki miał miejsce na planie) za amatorkę, która amatorką być musi.

Powiem nawet więcej – momentami efekty są całkiem przyzwoite. Gutsman przewracający samochód, Iceman zjeżdżający na lodowej ślizgawce, Cutman ciachający przedmioty na pół. To może się podobać, a fanom gry – wręcz powinno. Mimo, iż trąci na odległość tanimi programami 3D – i tak gratulacje.

Co chcielibyście usłyszeć o grze aktorskiej? Jeżeli teksty pochwalne, wybaczcie mi najmocniej, nie dam rady… W trakcie seansu zalatuje zewsząd sztucznymi, naciąganymi dialogami i takąż grą starających się z całych sił aktorów. Najkorzystniej wypada chyba Jun Naito w tytułowej roli Rocka/Megamana. Edward X. Young, jako Light, za dużo do zagrania nie miał, a i z tego co miał wywiązał się co najwyżej przeciętnie. Cały czas ta sama mina, ten sam ton, zero emocji. Śmieszy natomiast sam Wily. Nie tyle dzięki grze Dave’a Maulbecka, co przez samą charakteryzację. Jego postać można zaliczyć na plus. Ciężko mi dać zresztą komuś negatywną ocenę, choć jestem świadomy, że powinienem wręczyć ją każdemu.

Film posiada na szczęście aspekty, które mógłbym z czystym sumieniem ocenić entuzjastycznie nawet w sytuacji, gdyby byłaby to produkcja komercyjna.

Przede wszystkim muzyka. W odpowiednich momentach wzniosła, w chwilach walki dynamiczna, a jeszcze kiedy indziej kultowa – występują tu bowiem aranżacje słynnych melodii z NESa, co uważam za świetny smaczek skierowany w stronę fanów.

A na smaczkach w kategorii muzycznej wcale się nie kończy. „Gościnny występ” zalicza tu kilku znajomych z gry. Wielkie było moje zaskoczenie, gdy ujrzałem na ekranie żółte kuleczki, formujące się w postać Yellow Devila, mojego kata za młodu. Lebron niestety zmarnował potencjał tej postaci, tworząc beznadzieją walkę pomiędzy Devilem, a głównym bohaterem, mimo to cieszyłem się bardzo, że mogłem zobaczyć tę postać w filmie. Nie tylko Yellow Devil zaszczyca nas swoją obecnością, także Sniper Joe zalicza tu chwilowy występ.

Ekipa odpowiedzialna za zdjęcia do filmu wywiązała się perfekcyjnie z pokazywania uroków wielkiego miasta. Możemy zobaczyć tu naprawdę ładne ujęcia Tokyo, a w pamięci zostaje dryfujący w powietrzu zamek Wily’ego, wyłaniający się zza panoramy wysokich budynków.

Świetnym pomysłem jest też sporadyczne wykorzystanie grafik z gry, np. mordki Megamana. Zaśmiałem się także, gdy zobaczyłem Rocka grającego w Contrę. Dobre posunięcie ze strony reżysera, który mimo, że robił wszystko, aby zatuszować wszelkie oznaki kiczu, zdecydował się na wstawienie kilku easter-egg’ów.

Oceniając film, najrozsądniej napisać chyba o tym, jak się podczas jego seansu bawiło. Nie odkryję Ameryki pisząc, że wszystko zależy od podejścia. Sami musimy wiedzieć, co chcemy w produkcji Lebrona dostrzec. Dzieło na miarę ekranizacji Silent Hilla, czy przyjemny, stworzony przez takich zapaleńców jak my film, opowiadający o losach znanej z dzieciństwa postaci. Film, w którym obserwować możemy potyczki Blue Bombera ze złym Albertem, przypominając sobie jednocześnie nasze własne męczarnie przy walce z doktorkiem – rzecz jasna przy szarej konsoli.

Wiele osób znalazło się na liście płac filmu Lebrona i jestem przekonany, że większość nich, to tacy sami fani capcomowskiej postaci, jakim sam jestem. To wszystko powoduje, że mimo amatorki i kiczu, którymi film emanuje, bawiłem się przy nim świetnie. Film stanowi bardzo ciekawą rzecz dla fanów gry, przed wszystkimi innymi trzymałbym go zamkniętego w szafie i nigdy nie pokazywał.

.

Poniżej możecie obejrzeć opisywany twór.


.

Kto jest kim?


Rock
Aktor: Jun Naito
Robot, nad którym pracowali wspólnie Light oraz Wily. Projekt został porzucony, a Rock ujrzał światło dzienne dopiero wtedy, gdy Wily ukradł i przeprogramował sześć robotów, należących do Lighta. Dobry doktor „podrasował” Rocka w robota bojowego, tak narodził się Megaman – błękitny robot z miotaczem plazmy. Rock posiada numer porządkowy DRN-001.

.

Roll
Aktorka: Jeanie Tse
Roll także jest robotem, powstała jednak przed Rockiem, który jest jej „bratem”. Opiekuje się Megamanem i ma od niego znacznie więcej zdrowego rozsądku. Początkowo miała opiekować się domem, wkrótce jednak także została zmodyfikowana i przystosowana do walki wręcz.
.
.

Dr Thomas Light
Aktor: Edward X. Young
Zasłużony twórca robotów, który szykuje się do odebrania nagrody Nobla. Jego celem jest pomaganie społeczeństwu, za pomocą funkcjonalnych robotów. To on zbudował większość Robot Masters, Roll, a także dokończył pracę nad Rockiem. W grze oraz kreskówce, do pomocy rodzeństwu zbudował także mechanicznego psa Rusha, w filmie jednak ów nie występuje.

.

Dr Albert Wily
Aktor: Dave Maulbeck
Mieliśmy Tego-Dobrego, więc teraz pora na Tego-Złego. Czyste wcielenie zła. Zakłamany, zaszczuty, z nieczystymi intencjami. Zazdroszcząc Lightowi sławy, postanawia popsuć mu szyki, kradnąc jego roboty i tworząc z nich maszyny do niszczenia. Posiada świetną, latającą fortecę, którą Megaman niejednokrotnie podczas gry musi plądrować, aby dorwać złego doktorka.

.

Blues/Protoman
Aktor: Sung-Mo Cho
Jest to pierwszy robot autorstwa duetu Light-Wily, oraz ich jedyny, wspólnie dokończony projekt. Osnuty tajemnicą robot, któremu zawsze towarzyszy charakterystyczna fletowa melodia. Blues posiada zasłoniętą twarz, oraz powiewającą na wietrze (nawet, gdy nie ma wiatru) pelerynę. Jest bratem Rocka, jednak nie raz stoczy z nim walkę. Mimo to, rozsądek nakazuje mu pomagać bratu w trudnych chwilach, co często czyni, zarówno w grze, kreskówce, jak i w filmie. Jego numer to DRN-000.

Robot Masters:


Cutman

Aktor: Daniel William Clark (głos)

.
.

.
.
.
.

Gutsman

Aktor: Sonicmega (głos)

.
.
.
.
.
.

Iceman

Aktor: Wayne Chang

.
.
.
.
.
.

Bombman
Aktor: Andrew Decrescenzo (głos)

.
.
.
.
.
.

Fireman
Aktor: Hugo Salazar Jr.

.
.
.
.
.
.

Elecman

Aktor: Alan Fung

.
.
.
.
.
.





Tagi:Tagi:


  1. M.A.D.
    Sierpień 27th, 2010 at 22:28 | #1

    Czyżbym był pierwszą osobą, która pokwapiła się obejrzeć ten film w całości? :P
    OK, let’s roll!
    Faktycznie nie wiadomo pod jakim kątem oceniać ten film – czy jako fan-produkcję czy jako film komercyjny. Z pewnością nie jest to film jaki można by ujrzeć w kinie (choć po ekranizacji np. Dragon Ball, czy filmów pewnego niemieckiego reżysera to chyba można się wszystko spodziewać :P), ale nie jest to także film, który ląduje na YouTube, gdzie grupka zapaleńców robi z siebie pośmiewisko.
    Nie spodziewałem się aż ponad 90 minut filmu jak na tego typu produkcję! Moim zdaniem film prezentuje się dość dobrze. Głównym atutem jest dobre i w miarę wierne przeniesienie przygód z pierwszej części gry Megaman na ‚wielki ekran’. Dodatkowo, miło wypadają sceny gdzie Rock zastanawia się nad sensem swojego istnienia, oraz sceny budujące nieco poważny klimat odnośnie przeszłości doktora Light. Na szczęście są też sceny, które nutką humoru nadają pewnego balansu.
    Niestety jest też parę niedociągnięć – są to naciągane sceny mające wypełnić zdarzenia między głównymi wątkami oraz sceny walki. Szkoda, że to właśnie one muszą być kiepsko dopracowane, bo właśnie tego każdy widz się spodziewa po tym filmie. Są one za mało mało dynamiczne i zdecydowanie za krótkie (a może tyle w rzeczywistości się walczy z Robot Masters w grze? :P )
    Skoro o nich mowa, to muszę wytknąć to, że nie podobało mi się, że połowa z nich była renderem grafiki 3D, mimo, że animacja i wkomponowanie ich obraz wygląda całkiem przyzwoicie. Moim zdaniem mogliby dobrać jeszcze trzech aktorów by jakoś normalnie to wyglądało, przynajmniej ich charakteryzacja by fajnie wyglądała :P
    W grze nie podobało mi się to, że wyglądają jak ludzie, a tu, że jak nieludzie :P
    Co do gry aktorskiej, to faktycznie, najlepiej wypada Megaman, oraz dr Wily.
    Rock nawet nie zdaje sobie sprawy jak bardzo jest ludzki – nie umie tańczyć, woli grać w gry wideo, i nie zna się na kuchni Roll :P
    Jednak to dr Wily moim zdaniem wypada najlepiej. Może dlatego, że sympatyzuję z głównymi złymi, ale jest po prostu świetny – postać jest dobrze dobrana (podobnie jak Rock). Ma fajne monologi, a na początku śmiesznie wygląda w roli wazeliniarza, który chce mieć więcej niż swoje 5 minut. Potem świetnie wypada w roli szalonego naukowca, który chce przejąć władzę nad światem, jakiego znamy już z serii gier.
    Dr Light ciągle ma tą samą twarz i jest po prostu nudny :P
    Z kolei Protoman pomimo paru scen prezentuje się rewelacyjnie, ale jakby dysponuje za dużą mocą.
    Podsumowując. Film zasługuje na pozytywną opinię i z całą pewnością film przypadnie do gustu wszystkim fanom serii gier o Megamanie.
    Moim zdaniem lepiej tylko może wypada „The Zelda Project” http://www.thezeldaproject.net/
    Uważam, że jakiś japoński reżyser (Holywood – fuj!) mógłby zainteresować się tą produkcją i zrealizować ją z nieco bardziej dopieszczonym scenariuszem, choreografią, i większym budżetem, a na pewno byłaby to jedna z najlepszych filmowych produkcji opartych na grach, choć już świetnie się prezentuje jako ‚amatorszczyzna’. I tu właśnie jest problem. Film jest za dobry jak na produkcję amatorską i za słaby na pro produkcję. Mimo wszystko, film stara się doścignąć te z wielkiego ekranu, co nawet mu się udaje.
    Oby więcej tego typu produkcji!

  2. Drippick
    Kwiecień 4th, 2013 at 16:29 | #2

    Przepraszam, ale jest mały błąd rzeczowy, który razi w oczy :/ Walka z Iceman’em rozgrywała się na zamarzniętych tropikach, nie Grenlandii. Po za tym, recenzja spoko. Myślę że jako fan obejrzę film.

  1. Brak jeszcze trackbacków