Archiwum
Dear Esther – recenzja [PC]
Gwiezdne Wojny: Mroczne Widmo 3D – recenzja

Gwiezdne Boje, czyli jak SroQ zmierzył się z legendą swojego dzieciństwa
Dawno, dawno temu, pod koniec ubiegłego stulecia w mieście Malbork
pewien mały chłopiec wybrał się do miejskiego kina “Garnizonowego” w celu obejrzenia
kontynuacji kultowej dla niego serii. Trzynaście lat po tych wydarzeniach historia zatoczyła koło, a nasz bohater, już jako doświadczony pismak i redaktor ponownie stanął twarzą w twarz z czymś, co niejako ustanowiło istotę jego nerdostwa.
Czy ponowne starcie między tymi światami doprowadzi do pokoju w galaktyce? Czy ta recenzja wywoła wojnę domową?
Recenzja Onimusha: Warlords [PS2]
Recenzja Hold Me Closer Giant Dancer [PC]

Co łączy Eltona Johna i Shadow of the Colossus? Decydując się na tworzenie demake’u ciężko jest wpaść na naprawdę interesującą, oryginalną nazwę. Shadow of Colossus 2D? Shadow of the Colossus Origins? Super Shadow of the Colossus? Autor projektu wykazał się w tej kwestii sporą kreatywnością tworząc tytuł parafrazując znaną piosenkę Eltona Johna. Ponadczasową frazę „Hold me closer, tiny dancer”, opowiadającą o zauroczeniu piękną dziewczyną spotkaną na ulicy przekształca w „Hold me Closer, Giant Dancer”. Tytuł trafny i dowcipny, bo przytulać się będziemy właśnie do kolosów.

Recenzja Super Smash Land [PC]

Dan Fornace, Flashygoodness i Inverse Phase to nowe twarze w środowisku twórców gier niezależnych. Choć żaden nie może jeszcze poszczycić się arcydziełem na swoim koncie, każdy dał już dowód swoich umiejętności. Projektant i programista Dan Fornace był wcześniej autorem klimatycznej zręcznościówki Blackfoot, Flashygoodness napisał ścieżkę dźwiękową do nieszablonowej platformówki Tower of Heaven, a Inverse Phase od kilku lat tworzy swoje chiptune’owe covery muzyki od OST Guilty Gear po New Year’s Day grupy U2. Tym, co łączy wspomnianych twórców jest zamiłowanie do stylistyki retro, a przede wszystkim – do pierwszego Gameboya.
Star Wars: The Clone Wars: Jedi Alliance – Recenzja

Fenomen Sagi George’a Lucasa trwa nieprzerwanie od ponad 30 lat, co samo w sobie jest rzeczą dosc niespotykaną. Pomimo tego, obecnie sława Star Wars wydaje się być nieco rozmieniana na drobne kolejnymi reedycjami sześciu epizodów oraz serialem animowanym, który wśród starszych stażem fanów zbiera mieszane opinie. I to właśnie z nim jest związana pierwsza ekskluzywna gra z uniwersum Gwiezdnych Wojen na konsolę Nintendo DS, kryjąca się pod przydługim tytułem Star Wars: The Clone Wars: Jedi Alliance.

Recenzja Trip World [GB]
Gdy patrzę na zdjęcia z tej 19-letniej gry przypominają mi się ilustrowane bajki, które mama kupowała dla mnie na bazarku nieopodal salonu fryzjerskiego „Kati”. Niektóre z nich, zamiast opowiadać kolejne przygody Sindbadów, Kopciuszków czy Muppeciątek, próbowały tworzyć własne światy, zamieszkiwane przez nieznanych mi wcześniej bohaterów, magów i księżniczki. 
Recenzja Resident Evil: Deadly Silence [NDS]

Biohazard. Seria, która od ponad 10 lat rozpala emocje jak żadna inna – tysiące sprzedanych kopii, blisko 15 odsłon (nie licząc edycji specjalnych czy konwersji – tego naliczyłem ok. 35). Seria zapoczątkowana w 1996 roku pierwszą częścią stała się z miejsca hitem i kolejnym system sellerem na PSX. Jednocześnie powstała też wersja na konsolę Sega Saturn, zaś rok później na PC. W 2006, koronując dziesięciolecie serii, Capcom postanowił jeszcze raz dać szanse zawładnąć umysłami graczy klasycznym zombiakom.

Osiedle Swoboda – spojrzenie na jeden z najlepszych polskich komiksów

Polska jako rynek komiksowy nie ma lekkiego życia. Przez dorosłych jest on traktowany jako tanie historyjki dla młodszych, młodsi z kolei widzą w nich przede wszystkim przygody amerykańskich superbohaterów. Wielką krzywdą jest niedocenianie naszego własnego podwórka, które też ma czym się pochwalić. Jednym z koronnych dowodów na to jest Osiedle Swoboda autorstwa Michała “Śledzia” Śledzińskiego. Już na wstępie bez ogródek zaznaczę, że jest to dzieło niesamowite i nie żałuję żadnej wydanej na nie złotówki – a, trzeba przyznać, przepłaciłem srogo za swój własny egzemplarz.

Final Fantasy: Type-0 – wrażenia z wersji demo.

PSP dla fanów kultowej serii jRPG stanowi bardzo łakomy kąsek, dostarczając im prawdopodobnie najlepsze odsłony Ostatniej Fantazji na tej generacji konsol, żeby wymienić chociażby Crisis Core czy Dissidie (wraz z równie udanym sequelem). Przyznaję więc bez bicia, że na europejską premierę FF:Type-0 czekam niemal jak na nadejście Mesjasza. Gra (zapowiedziana w zamierzchłych czasach jako FF Agito XIII) jest tak naprawdę pierwszym Finalem od dawien dawna, który wzbudził moje zainteresowanie na dłużej niż pół godziny. Jako, że choroba od dwóch dni zmusza mnie do bezproduktywnego leżenia w łóżku, postanowiłem nadrobić zaległości i przetestować wydaną jakiś czas temu wersje demonstracyjną gry.

(nie)Zła gra #2 – Farma 2 [PC]

Ostatnimi czasy często widywałem na wystawach w kioskach pewną serię budżetówek o dźwięcznym tytule – Farma. Jest to produkcja studia Rocket Games wydana przez PLAY na łamach gazetki Kinderland. Uff.. udało się to rozpisać.
Dnia 13 września 2011 w moje łapki trafiła druga część tej gry – Farma 2. Wykosztowałem się na to aż 11,50 PLN, zrobiłem to ponieważ zawsze lubiłem serię Harvest Moon i różne gierki o tej tematyce (ach te godziny spędzony przy FarmVille i pochodnych).
Dziś zaprezentuję Wam krótką relację z mojej przygody z tą produkcją oraz odpowiem na pytanie czy warto wydać te pieniądze czy raczej kupić sobie 4-ro pak piwa.

(nie)Zła gra #1 – School Bus Driver [PC/DOS]

Czasami powstają gry o pięknej grafice, miodnym gameplayu. Gry, które mają taki poziom trudności, że zmuszają gracza do niezwykłych wyczynów wynagradzając go za poświęcenie bonusami i wspaniałymi przerywnikami, a na końcu satysfakcjonującym zakończeniem zwieńczającym całą przygodę.
Ta recenzja jednak jest o kompletnym przeciwieństwie tego co przed chwilą napisałem.
Recenzja Bucky O’Hare [NES]

Będąc małym brzdącem męczyłem mojego Pegazusa. Męczyłem też rodziców… Co chwilę chciałem jeździć na okoliczne bazary, po to, by za ich ciężko zarobione pieniądze (nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby wydawać moje zaskórniaki, wyłudzane z takim trudem na różnego rodzaju przyjęciach od wujków i cioć), wymieniać dyskietki na inne, a od czasu do czasu kupić jakiś nowy kartridż. Pewnego razu moją uwagę przykuła niebieska gra z zielonym królikiem na marnej jakości etykiecie.Kurczę – pomyślałem – muszę to mieć, kumple będą mi zazdrościć takiego okazu (zabawne, że prawie wszystkie dyskietki były żółte, niczym ich skośni twórcy). Odrobinę wysiłku kosztowało mnie namówienie rodziców na kupno Buckiego Ohar’e. Po powrocie do domu, paru dmuchnięciach w kartridż i włączeniu gry telewizyjnej odpłynąłem… 































Najnowsze komentarze