Home > Felieton, Gry > Historia serii The Legend of Zelda, ta stacjonarna.

Historia serii The Legend of Zelda, ta stacjonarna.

Listopad 26th, 2011 Idź do komentarzy


W drugiej połowie lat 80. Nintendo miało zapewnioną pozycję lidera, zdobywając szturmem rynki wszystkich kontynentów i pozostawiając daleko w tyle konkurencyjną Sege. Jeśli miałbym wymienić tytuły, które się do tego przyczyniły, byłyby to na pewno znane wszystkim klasyki jak Super Mario Bros, Donkey Kong, Contra, Metroid czy Duck Hunt. Jednak istniała jeszcze jedna gra – być może najważniejsza, która dla Polaków stała się dostępna dopiero wiele lat później, a jej imię The Legend of Zelda.

Gra już przed zagraniem sprawiała wrażenie wyjątkowej – w dobie zalewu graczy szarymi cartridge’ami TLoZ wybiła się ponad plebs i została wydana na złotym nośniku. Dzisiaj taki zabieg może budzić co najwyżej litościwy uśmieszek, ale musicie mi uwierzyć na słowo – wtedy to było coś, co wręcz krzyczało ‚kup mnie, a przeżyjesz przygodę swojego życia!’. Jak się nietrudno domyśleć, gra sprzedała się znakomicie i przeszła do historii jako pierwsza pozycja na NES-a, która wymagała od gracza korzystania z dołączanej do niej mapy – ze względu na szybką możliwość zagubienia się w świecie gry. Jako pierwsza w historii umożliwiała też dokonanie zapisu w trakcie zabawy – co zresztą było głównym powodem nie wydania jej na naszym rodzimym, pegasusowym rynku – koszty produkcji carta z bateryjką podtrzymującą sejwy były dla tajwańskich piratów barierą nie do przeskoczenia.
Jeśli chodzi o rozgrywkę, Zelda była zręcznościówką (z naleciałościami RPG) i polegała na przemierzaniu kolejnych lądów i dungeonów w celu pokonania złego Ganona oraz skompletowania tzw. Triforce – sam Miyamoto nie ukrywa, że inspirację stanowiły dla niego podróże po japońskich lasach i jaskiniach z czasów dzieciństwa. Grafika została przedstawiona w rzucie izometrycznym i w momencie swojego debiutu zrywała czapki z głów, podobnie jak muzyka skomponowana przez Kojiego Kondo, która w odświeżonej formie towarzyszy serii do dnia dzisiejszego – z nieśmiertelnym Main Theme na czele. Pierwsza część Legendy Zeldy doczekała się reedycji na kolejne konsole Nintendo – Gamecube’a (jako element TLoZ: Collector’s Edition), GBA, Wii oraz na 3DS-a, na którym to udostępniono ją do pobrania za darmo tzw. ambasadorom.

Idąc za ciosem rok później Shigeru Miyamoto postanowił uszczęśliwić graczy (i swój portfel) sequelem, zatytułowanym The Adventure of Link.
Gra diametralnie zmieniła swoje założenia, stając się prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjną Zelda, jaka kiedykolwiek powstała. Co złożyło się na tak mieszane przyjęcie kontynuacji? Przede wszystkim była ona diabelnie trudnym, sidescrollowanym platformerem (wciąż z elementami RPG, do których dodano nawet punkty doświadczenia), gdzie oprócz znanych wcześniej podziemi zwiedzaliśmy także miasta (przeprowadzając dialogi z mieszkańcami oraz korzystając z…ekhem, dobrodziejstw kobiecej natury) oraz mapę świata, gdzie na wzór Final Fantasy toczyliśmy upierdliwe, losowe walki z maszkaronami nękającymi krainę – był to przy okazji jedyny obszar gry ukazany z lotu ptaka. Jak już wspomniałem, gra była diabelnie trudna (niedowiarkom polecam odcinek Angry Video Game Nerda poświęcony grze), zaś pojedynek z ostatnim bossem, Dark Linkiem (który odzwierciedlał nasze własne ruchy) był hardkorem hardkorów, na widok którego obecni casuale siedliby w kącie i zapłakali rzewnie.
Zabiegi zastosowane przez autorów spotkały się z ostrą krytyką fanów, wobec czego wraz z nadejściem kolejnej części poszli oni po rozum do głowy, wracając do izometrycznych korzeni serii.

4 lata później batalia między SNES-em a Segą Mega Drive trwała w najlepsze, zaś poprzednia generacja stopniowo dogorywała i odchodziła w niepamięć. Wtedy też, w 1991 roku na salony wkroczył A Link to the Past , który natychmiastowo zyskał aprobatę fanów oraz tytuł najlepszej stacjonarnej Zeldy w 2D. Jak już wspomniałem, duża była w tym zasługa faktu, że gra wróciła do sprawdzonego stylu rozgrywki, znanego z pierwszej części, wzbogacając go o zupełnie nową jakość. Poprawieniu uległa oczywiście grafika i muzyka, odsłaniając potęgę drzemiącą w 16-bitowej konsoli Nintendo, ulepszono też znacznie warstwę fabularną, która stała się spójna i wciągająca, oferując graczom nowy, niespotykany wszędzie system Dark World. Czymże był ów Mroczny Świat? Najprościej rzecz ujmując to podróż głównego bohatera do innego wymiaru, w związku z czym toczyliśmy przygodę w dwóch równoległych realiach. Moglibyście mnie zapytać, jak ALttP ma się do poprzednich części – historia nie jest bezpośrednią kontynuacją Zeldy II, jednak dzieje się na pewno po akcji z Przygody Linka. Jedyna cześć wydana na SNES stała się niejako zapowiedzią niewielkiej dbałości twórców o chronologię serii, o czym przekonacie się, spoglądając na kolejne odsłony.

W historii Nintendo oraz samej serii znajduje się jeden bardzo niechlubny epizod.
W 1993 roku miał miejsce romans Ninny z amerykańską firmą Philips, przy jednoczesnej zdradzie Sony – która to nieco później okazała się największą pomyłką ojców Mariana. Co to ma wspólnego z Linkiem i ekipą? Otóż Nintendo na mocy umowy z amerykańskim partnerem w zamian za dostarczenie napędu CD do Super Nintendo zobowiązało się udostępnić mu licencję na postaci występujące w flagowych seriach Big N. Zaowocowało to powstaniem małych potworków, wydanych na konsolę CD-i, znanych jako Link: Faces of Evil, Zelda: Wand of Gamelon oraz Zelda’s Adventure (zwróćcie uwagę, że żadnej oficjalnie nie nazwano The Legend of Zelda). Sądzę, że nie ma większego sensu opisywać ich jakości, wiec jeśli jesteście naprawdę zainteresowani tym, jak bardzo są złe, odsyłam was ponownie do videorecenzji AVGN-a.

W 1998 roku sytuacja Nintendo, pomimo zdecydowanej dominacji w poprzednich latach, nie malowała się kolorowo. Oto bowiem do gry wkroczył przybysz znikąd, który rozgromił rywali i zasiadł na konsolowym tronie – nastała era pierwszego Playstation, nieodzownie kojarzonego z spektakularnym sukcesem Final Fantasy VII. Trzeba przyznać, że Nintendo dwoiło się i troiło, aby dorównać Sony, czego owocem było stworzenie najlepiej ocenianej gry w historii. The Legend of Zelda: Ocarina of Time pierwotnie miała być grą z widokiem z oczu bohatera, jednak na szczęście ostatecznie zaniechano tego pomysłu na rzecz pełnokrwistego TPP – przy okazji rewolucji graficznej OoT jako pierwsza w historii zastosowała system autocelowania, bez którego dzisiaj nie wyobrażamy sobie większości zręcznościówek na konsolach.
Akcja gry wg. linii czasu ma miejsce przed wydarzeniami z poprzedniczek i opowiada po raz kolejny historię elfa znanego jako Link (przy czym nie wiemy, czy jest to bohater poprzednich odsłon), zamieszkującego wraz z pobratymcami las Kokiri w dobrze znanej krainie Hyrule. Pewnego dnia, na rozkaz Wielkiego Drzewa Deku (pełni ono swoistą rolę strażnika lasu) Link wyrusza w podróż, która tradycyjnie zamieni się w ratowanie świata przed niejakim Ganondorfem. Tym razem jednak zamiast podróżować po różnych wymiarach, elf zostaje zmuszony do podróży w czasie – tocząc bój zarówno jako młodzieniec jak i doświadczony wojownik. Zgodnie z tradycją, Okaryna Czasu doczekała się kilku wznowień, tym razem na Gamecube’a (gdzie dorzucano ją jako gratis do Wind Wakera po raz pierwszy z niewydaną wersją Master Quest), Wii oraz na 3DS – tym razem jako pełnokrwisty remake.

Po sukcesie Ocarina of Time kolejna odsłona Zeldy na N64 była czymś więcej niż pewniakiem.
Tak też pod koniec roku 2000 dane nam było ujrzeć The Legend of Zelda: Majora’s Mask. Można by rzec, że w związku z datą wydania twórcy wybrali sobie idealny temat fabuły, jakim była wisząca nad Hyrule groźba apokalipsy – pod koniec ubiegłego millenium był to temat tak nośny, że sprzedawał się niemal sam. Atmosferę wokół gry nakręcały też fenomenalne spoty reklamowe, wyraźnie odnoszące się do końca naszego świata (można je bez problemu znaleźć na youtube i polecam się z nimi zapoznać) – nie bez powodu do dziś twierdzi się, że Maska Majory jest dla serii tym, czym było Imperium Kontratakuje dla Gwiezdnych Wojen. Rozgrywka w grze była tym samym, co poznaliśmy dobrze przy okazji poprzedniej części – jedyną większą innowacją było wprowadzenie systemu masek, zamieniających nas w jedną z czterech ras zamieszkujących uniwersum. Oczywiście taki patent miał swoje odzwierciedlenie w zagadkach i przeszkodach jakie nam staną na drodze, co znacznie urozmaicało gameplay. Chronologicznie gra uplasowała się pomiędzy Okaryną Czasu a pierwszą Zeldą, przy czym opowiadała ona historię wyłącznie młodego Linka.
Świat Hyrule, wbrew nadchodzącej zagładzie przetrwał dzięki naszym wysiłkom, co mogło oznaczać tylko jedno – niedługo przyjdzie nam ponownie stawić czoła złowrogim siłom ciemności. Nikt się jednak nie spodziewał, że przyjdzie nam stanąć do walki w dość niecodziennej formule.

Podczas pierwszej prezentacji konsoli Nintendo Gamecube wszystko wskazywało na to, że Shigeru Miyamoto dalej będzie kroczył szlakiem utartym przez odsłony z Nintendo 64 – przy pokazie dem technicznych mieliśmy okazję ujrzeć dynamiczną walkę pomiędzy Linkiem a Ganondorfem, przywodzącą na myśl Ocarina of Time. Możecie więc sobie wyobrazić zdziwienie, jakie nastąpiło jakiś czas później, gdy okazało się, że przyjdzie nam zagrać w… pełnoprawną kreskówkę, nazwaną pieszczotliwie Celdą (od technologii cell-shadingu zastosowanego w grze). Wydany w 2003 roku TLoZ: Wind Waker okazał się jednak strzałem w dziesiątkę – gra do dzisiaj jest po prostu przepiękna, co jest zresztą wspólną cechą wielu gier na GCN. Tym razem zostaliśmy rzuceni w bliżej nieokreślony czas akcji, chociaż intro delikatnie sugeruje, że całość ma miejsce po wydarzeniach z Okaryny Czasu. Ponownie wcielamy się w młodzieńca imieniem Link, który wraz z siostrą i babcią zamieszkuje jedną z wysp Wielkiego Morza. Historia rozpoczyna się w momencie, gdy do rodzinnego lądu bohatera przybijają piraci, ścigający ogromnego ptaka. Ten zaś porywa siostrę Linka, Aryll, wobec czego kochający braciszek nie ma innego wyboru jak przyłączyć się do korsarzy i uratować nieszczęsną. Po czasie otrzyma on tytułowego Wind Wakera, który jest niczym innym jak batutą, pozwalającą sterować wiatrem podczas naszej żeglugi, a w ostatecznym rozrachunku po raz kolejny uratuje świat. Reszta rozgrywki to wbrew obawom stara, dobra Zelda – przemierzamy w niej dungeony, walczymy z potworami i bossami oraz zbieramy setki błyszczących rupii, rozwiązując kolejne zagadki.

Po sukcesie komiksowego Linka Nintendo zdecydowało się o wydaniu rok później multiplayerowej Zeldy, zatytułowanej Four Swords Adventures. Podobnie jak w oryginale, wydanym na GBA, zastosowano tutaj dwuwymiarową grafikę oraz możliwość gry do czterech graczy naraz, która to była wysoce wskazane, bo rozgrywka dla jednego gracza była po prostu o wiele mniej wciągająca niż rywalizacja ze znajomymi i na dłuższą metę była pozbawiona sensu.

Na targach E3 w 2005 roku zapowiedziano nową konsolę o kodowej nazwie Revolution, zaś wiele później znaną powszechnie jako Nintendo Wii. Wtedy też powoli zaczęto wycofywać się z produkcji gier na GCN, zaś ostatnimi wielkimi tytułami na ten sprzęt miały być TLoZ: Twillight Princess oraz Super Paper Mario – z czego ten ostatni koniec końców pojawił się dopiero na Wii.
Wracając jednak do Księżniczki Zmierzchu, ukazała się ona zarówno na Gacławie, jak i na najnowszym dziecku Iwaty – przy czym pierwszeństwo w tym przypadku otrzymali posiadacze Wii. Obie wersje, poza drobnymi zmianami w grafice nie różniły się od siebie praktycznie niczym – ot, w wersji na Wii ze względu na specyficzne sterowanie Link stał się praworęczny, a gra była lustrzanym odbiciem wersji GCN. Po cukierkowym świecie Wind Wakera wrócono do ‚doroślejszej’ oprawy oraz fabuły, która może nie była tak mroczna jak Majora’s Mask, ale trzymała bardzo wysoki poziom. Poniekąd powrócono też do pomysłu z A Link to the Past, umieszczając w grze świat Zmierzchu oraz zamieniając bohatera w dość okazałego…wilka. Gra pomimo opóźnień w premierze i dość leciwej już grafiki została przyjęta bardzo ciepło i przez wielu jest uznawana za jedną z najlepszych Zeld jakie stworzono.

Jakiś czas później, przy okazji premiery nowego gadżetu o nazwie Zapper w sklepach pojawił się bundle pack z promującym go zestawem minigier w uniwersum TLoZ, nazwanym Link’s Crossbow Training. Nie wpleciono go co prawda w żaden timeline, ale jest to ciekawostka warta odnotowania ;)

Tak oto powoli zbliżamy się do końca przeglądu stacjonarnych przygód elfa w zielonej tunice. Najnowsza część, Skyward Sword niedawno została oddana w ręce fanów, zbierając na razie bardzo pochlebne opinie – Famitsu wystawiło jej notę 40/40, co samo w sobie stanowi dobrą rekomendację. Nie będę jednak zgłębiać się w jej opis z dwóch powodów – po pierwsze, jest to bardzo świeża produkcja, a chciałbym uniknąć spoilerów, po drugie, nie miałem wciąż przyjemności ją ograć, więc trudno mi się o niej szerzej wypowiedzieć. Prawdopodobnie będzie ona materiałem na oddzielną recenzję na blogu ;)

W naszym pięknym kraju nad Wisłą żadna z dotychczasowych części nie zyskała należnego jej rozgłosu czy popularności, o czym zadecydowało przede wszystkim późniejsze wkroczenie Nintendo na nasz rynek. Jest to bardzo krzywdzące dla samej gry i mam szczerą nadzieję, że z czasem polski fanbase wokół niej w końcu rozrośnie się do należytych rozmiarów, albo chociaż zbliży się rozmiarem do naszych zachodnich braci – wierzę że jest u nas wielu graczy dla których istnieją gry ambitniejsze od kolejnego CoD-a.
Więc czy to już koniec historii? Skądże znowu, podczas tegorocznych E3 w związku z ujawnieniem się konsoli Wii U zaprezentowano także materiały z nowej odsłony, która wciąż nie posiada oficjalnego podtytułu.Nieoficjalne zródła potwierdzają też, że w przygotowaniu są kolejne odsłony serii na 3DS – pierwsza zupełnie nowa, zaś druga jest remakiem Maski Majory. Jeśli zapytacie mnie, czy warto na nie czekać, nie pozostawię was w napięciu i odpowiem – oczywiście, w końcu to Zelda!
A tymczasem do zobaczenia przy okazji przeglądu przygód Linka na konsole przenośne.





Tagi:Tagi:


  1. MJH
    Listopad 26th, 2011 at 19:12 | #1

    Hmm a co z Link’s Awakening, Oracle of Seasons, Oracle of Ages, Minish Cap ? Plus jeszcze quasi-zeldy jak te z CDi czy Crossbow Training ? No i flagowe produkcje DS czyli Phantom Hourglass i Spirit Tracks ? Gówniana ta wasza wersja historii LOZ.

  2. SroQ
    Listopad 26th, 2011 at 19:20 | #2

    A umiesz misiu czytać, że to pierwsza część, odnosząca się do konsol stacjonarnych? Gier z serii jest tyle, że postanowiłem rozdzielić te stacjonarne i handheldowe i opisać je oddzielnie.
    Jadąc dalej – Link’s Crossbow Training to minigierka wspierająca Wii zappera i nie jest pełnoprawną Zeldą, żeby ją koniecznie opisywać. Jasne, mogłem o tym wspomniec na podobnej zasadzie co z Four Swords Adventures i moze w najblizszym czasie to poprawie, ale konieczności nie widzę.
    Części na CD-i nigdy oficjalnie nie były częscią serii Legend of Zelda – zauważ, że nazywały się Link: Faces of Evil, Zelda: Wand of gamelon i tak dalej – czemu? Bo Philips miał prawa tylko i wyłacznie do występujących w nich postaci, a nie do tworzenia kolejnych części serii TLoZ. Dlatego tez nie traktuje tego jako kanon, a przedzej jako ciekawostke i paskudny wypadek przy pracy, którego zresztą nie robiło Nintendo.

  3. MJH
    Listopad 26th, 2011 at 19:33 | #3

    Faktycznie nie doczytałem tytułu za co przepraszam. Z czym się jednak w tym wypadku nie mogę zgodzić to nie uwzględnienie gier które oboje wymieniliśmy. Czemu ? Prosta sprawa. Gry z CDi były licencjonowane ale Nintendo odcięło się od nich dopiero gdy zobaczyło jakie były opinie na ich temat. A nie widzę powodu żeby nie uwzględniać CT i FSA bo jednak należą pełnoprawnie do uniwersum Zeldy. W końcu CT choć jest to „mini gierka” to jednak nie jest SSB której nie da się nigdzie zaklasyfikować w uniwersum. O timeline się nie spieram bo to studnia bez dna :) W każdym razie jeszcze raz przepraszam za gafę z handhealdami.

  4. SroQ
    Listopad 26th, 2011 at 19:38 | #4

    Spoko, nic wielkiego się nie stało.
    Co do tych nieszczęsnych Link’s Crossbow i CDi – jeśli faktycznie istnieje taka potrzeba, mogę ogarnąć i naskrobać o tym co nieco, przy czym dalej się będe upierał, że żaden oficjalny, pół-oficjalny i nieoficjalny Timeline w ogóle nie uwzględnia tych powyższych jako właściwej serii. Ale nasz klient, nasz Pan ;)

  5. McMuffin
    Listopad 26th, 2011 at 19:41 | #5

    Fachowa robota z ta historia. Raczej tez jestem za tym, ze Zeldy CDi to ciekawostki, ale opisac zawsze mozna, od przybytku glowa nie boli ;D

  6. MJH
    Listopad 26th, 2011 at 19:41 | #6

    Dodasz BS do suplementu i jesteśmy kwita :) Pozdrawiam

  7. SroQ
    Listopad 26th, 2011 at 19:58 | #7

    Dodano :)

  8. pawel
    Listopad 27th, 2011 at 23:01 | #8

    świetne, wiecej takich tekstów panowie!

  9. Pixelinho
    Listopad 30th, 2011 at 23:14 | #9

    Dzieki wielkie za tekst. Jak dotad ogralem tylko OoT i ALttP i jestem nimi oczarowany, wiec nie moge sie doczekac dorwania w swoje lapy Majoras Mask. Jeszcze raz gz ;D

  10. Drzewo
    Grudzień 27th, 2011 at 23:07 | #10

    Hej, ukazala sie oficjalna chronologia Zeldy :D.
    http://www.glitterberri.com/content/zelda_series/hyrule_historia/zelda_timeline.jpg
    Zawiera lekkie spoilery.

  11. SroQ
    Grudzień 28th, 2011 at 00:33 | #11

    @Drzewo
    Dziekówa, news dodany ;)