Home > Gry, Recenzja PS3 > Recenzja – Heavy Rain

Recenzja – Heavy Rain

Z mocno reklamowanym towarem jest kilka problemów. Po pierwsze, wszyscy go znają, co samo w sobie problematyczne nie jest, ale może prowadzić do niezdrowych fascynacji, to jest do oczekiwania ósmego cudu świata. Taką  sytuację dostrzegam w związku z najnowszą grą QuanticDreams, bo nie ma co ukrywać, że na Heavy Rain wielu czekało jak na Mesjasza; gra miała pozamiatać pod względem grafiki, rozgrywki i ogólnie spodziewano się zupełnie nowej jakości. Czy tego dostarczyła?

Poniższy akapit kieruję do tych czytelników, którzy albo nie mają pojęcia co to Playstation 3, albo ostatnie kilka lat spędzili z dala od źródeł informacji (dżungla, pustynia, księżyc). Cała reszta, tak przynajmniej podejrzewam, widziała choć jeden trailer HR i jako tako wie, o co w tym wszystkim chodzi. A mianowicie, gra przedstawia losy czwórki bohaterów, których poczynaniami będzie dane nam kierować. Ludzie ci, na pierwszy rzut oka, nie mają ze sobą za wiele wspólnego, oprócz jednego drobiazgu: wszyscy interesują się seryjnym zabójcą, który jesienią porywa dziesięcioletnich chłopców, topi w deszczówce, a przy ciałach pozostawia figurkę origami i kwiat orchidei. Ethan, trzydziestoparoletni ojciec po przejściach, próbuje ratować syna porwanego przez zabójcę. Madison, dziennikarka cierpiąca na bezsenność, szukając materiału na artykuł natyka się na tą sprawę i staje się częścią morderczej machiny. Scott, prywatny detektyw wynajęty przez rodziców ofiar, prowadzi własne śledztwo w sprawie zabójstw. Wreszcie Norman, agent FBI z Waszyngtonu, który zostaje przydzielony do sprawy i musi współpracować z lokalną policją. To właśnie oni są bohaterami tego dramatu.

Opisywanie wątku fabularnego powinienem zakończyć właśnie w tym momencie, gdyż jakiekolwiek dodatkowe informacje mogłyby zepsuć zabawę w późniejszej grze. Nie martwcie się więc, nie zdradzę tożsamości zabójcy z origami, która jest główną tajemnicą całego Heavy Rain.

Losy czterech bohaterów obserwujemy naprzemiennie, każdym wykonujemy jakieś zadanie, które w dużej mierze ma wpływ na dalszą rozgrywkę. Nie bez powodu mówi się o tym, że podejmowane decyzje w Heavy Rain mają niebagatelne znaczenie na wirtualną przyszłość. Oczywiście nie wszystkie, ale mechanika gry daje nam wystarczające pole do popisu, abyśmy czuli się w miarę swobodnie. Chętnie przytoczyłbym soczysty przykład, ale nie mogę (i nie chcę), żeby właśnie nie psuć zabawy. Każdy, kto już zagra w HR, z pewnością zauważy miejscową swobodę w dokonywaniu wyborów. Często decydujących o życiu i śmierci. Właśnie, jeśli już przy tym aspekcie jestem, patrząc na listę trofeów do zdobycia okazuje się, że tylko kilka z nich (3 czy 4) nie jest oznaczonych znakami „???”. To bardzo ważne i radzę nie zaglądać na strony typu trophy guide i nie odkrywać (przynajmniej przed pierwszym ukończeniem gry) sposobów na ich zdobycie, gdyż – po raz kolejny – zepsulibyście sobie zabawę w samodzielne podejmowanie decyzji.

Nie wspomniałem jeszcze, a taka myśl przyświecała mi od początku, że wbrew wielu opiniom Heavy Rain to JEST gra, a nie jeden wielki Quick Time Event, tudzież film z elementami gry video. Owszem, filmowa narracja to nieodzowny element tej gry, a większość czynności bohaterowie wykonują na zasadzie QTE, czyli musimy wcisnąć/przytrzymać/tapować wyświetlony na ekranie symbol przycisku, często wykazując się refleksem. Przygotowano trzy poziomy trudności, które odnoszą się do zaznajomienia gracza z padem. Grając na najwyższym poziomie trudności nie raz przyszło mi wciskać i trzymać pięcioprzyciskowe kombinacje, było sporo mashowania i kręcenia kontrolerem (żyroskopy DualShocka 3/Sixaxisa zostały bardzo fajnie wykorzystane, np. w „sterowaniu” autem). Przyznaję, że znając pad Sony doskonale, pod presją upływającego czasu i z dodatkiem nerwowych wibracji nie raz się myliłem, przede wszystkim w sekwencjach, w których kolejne guziki trzeba naciskać z wyczuciem (lekko i docisnąć). Poza tym, w Heavy Rain naprawdę się gra – co może brzmieć dziwnie, ale zewsząd słyszy się głosy, że to film z dozą interakcji. A takie stwierdzenie uważam za krzywdzące. To od gracza zależy gdzie pójdzie i co zrobi. Oczywiście nie jest możliwe całkowicie swobodne tworzenie historii. Główny trzon jest zachowany, ale to, czy dany bohater przeżyje, czy znajdzie kolejną wskazówkę do rozwiązania zagadki, jak agent FBI i prywatny detektyw przeprowadzą śledztwo – to wszystko i wiele więcej zależy wyłącznie od gracza. I to jest w tej grze najbardziej niesamowite!

Przyznam szczerze: nie pamiętam, żeby jakakolwiek gra poruszyła mnie tak, jak Heavy Rain. I wcale nie chodzi mi o tożsamość mordercy, która swoją drogą jest zaskakująca, ale o pewne momenty wymagające ode mnie podjęcia bardzo trudnej decyzji. Dodam tylko tyle, że kiedy zastrzeliłem pewnego osobnika, postać całkowicie drugoplanową, miałem autentyczne wyrzuty sumienia. Przecież mogłem z nim porozmawiać i załagodzić sprawę. Nic o nim nie wiedziałem, a mimo wszystko ten krótki kontakt z wirtualną postacią sprawił, że w realnym świecie poczułem się źle i nieswojo. A podobnych momentów, w których podjęcie decyzji może postawić zaangażowanego gracza w trudnej sytuacji jest wiele.

Wracając do bardziej przyziemnych spraw – słów kilka o tym, jak HR się prezentuje. Mając w pamięci przepiękne trailery pierwszy kontakt z „grą właściwą” może (ale nie musi) wzbudzić małe rozczarowanie. Widać tu bowiem wyraźny podział na elementy grywalne i renderowane scenki. Od razu zaznaczam, że sama gra brzydka nie jest. Mało tego, jeżeli chodzi o budowanie klimatu mrocznego thrillera, to HR jest majstersztykiem. Wszechobecny, jesienny deszcz, podejrzane miejscówki (spalone mieszkanie i lokacja z bramą do starej elektrowni rządzi!) naprawdę dają radę. A kontrastujące z nimi „normalne” lokacje (komisariat, dworzec) również idealnie pasują do prowadzenia historii. Przeważnie nie są one duże, dzięki czemu można było skupić się na dopieszczeniu szczegółów. I za to duży plus. Natomiast jeśli chodzi o naszych bohaterów i NPC’ów – mimika twarzy i ruchy ciała to w większości przypadków pierwsza klasa. Widać to chociażby w bonusowych filmikach „Making of…”, że naprawdę mnóstwo uwagi poświęcono na motion capture.

To samo, jeżeli mowa o ścieżce dźwiękowej. Utwory nagrywane w legendarnym studiu przy Abbey Road to symfoniczne ilustrowanie nastroju emitowanego na ekranie. Generalnie smutne i dramatyczne kompozycje są doskonałym uzupełnieniem historii. Dla fanów: cały soundtrack można zakupić na PSN, tudzież otrzymać go z edycją kolekcjonerską (niestety nie w postaci bonusowego CD, a jedynie kodu aktywacyjnego w dystrybucji elektronicznej). Warto jeszcze wspomnieć o polskiej lokalizacji, która w HR obejmuje zarówno wszystkie głosy, jak i napisy. Powiem krótko, jeżeli ktoś jest uczulony na polski dubbing, to z pewnością znajdzie tu sporo błędów. Mnie osobiście bardzo przeszkadzała tylko jedna aktorka, która podkładała głos recepcjonistce w szpitalu (była za młoda). Poza tym chwilę zajęło mi przyzwyczajenie się do głosu Normana. Generalnie nie jest źle. Natomiast oryginalne ścieżki wokalne to istny majstersztyk, więc radzę się zastanowić, czy nie lepiej zagrać tylko z polskimi napisami.

Heavy Rain to przygodówka XXI wieku. Wciągająca historia, cały czas trzymająca w napięciu to prawdziwy thriller, a takich zjawisk ze świecą szukać wśród gier video. Po drugie, to bardzo dorosła gra, zdecydowanie nie dla małolatów i wcale nie ze względu na obecną przemoc i seks, ale przede wszystkim pod względem psychologicznych wyborów. Wejście w rolę ojca i poświęcenie się w zamian za życie syna to zdecydowanie mocna rzecz. Czy pójdzie do celu po trupach, czy postara się znaleźć trudniejszą, ale nie krzywdzącą nikogo drogę – to są wybory, jakie twórcy stawiają przed dojrzałym graczem. I pewnie nie bez powodu początek gry nie obfituje w „fajerwerki” typu sex&violence: małolat, który dorwie się do gry, zanudzi się, bo tam tego nie zazna. Dopiero z czasem dochodzi do scen, które potrafią wstrząsnąć.

Po obejrzeniu napisów końcowych gra przytłoczyła mnie swoją złożonością. Zdałem sobie sprawę, na jak wiele sposobów mogłem poprowadzić tą historię. Łączy się to oczywiście z mnogością zakończeń – tych bardziej i mniej szczęśliwych. I jak przystało na mroczny dreszczowiec, wyzbyto się banałów w stylu „dobry bohater wygrywa, a złoczyńca zostaje pojmany”. Niemal każde działanie pozostawia na uczestnikach dramatu swój negatywny ślad. A jeśli ktoś wyczekuje oceny numerycznej, to moim zdaniem wrażenia, jakie daje uczestnictwo w historii Heavy Rain zasługują na najwyższą. Można się uczepiać grafiki, polskiego dubbingu, niektórych skryptów, ale nie tym stoi ta gra. Jeżeli szukasz emocji, niecodziennych wrażeń, a jednocześnie nie boisz się podjąć wyzwania, które naprawdę mogą dać do myślenia – musisz w to zagrać.





Tagi:Tagi:


  1. MaQ
    Kwiecień 12th, 2010 at 22:15 | #1

    True!!:) Świetna recka. Mam podobne odczucia po HR. Ta gra dostarcza wiele emocji związanych z decyzjami i ich konsekwencjami.

  2. Inlagd
    Kwiecień 13th, 2010 at 14:00 | #2

    Byłoby świetnie, gdyby wśród tej mnogości zakończeń scenariusz dopuszczał też więcej niż jednego mordercę. 13 lat temu Westwood ze swoim Blade Runnerem pokazało, że się da i że działa to znakomicie (no i nie można komuś zepsuć gry wypisując tożsamość mordercy na prawo i lewo).

    PS: http://www.heavy.com/comedy/2010/03/press-x-to-jason-the-game/

  3. guzik
    Kwiecień 13th, 2010 at 20:08 | #3

    [UWAGA! EWENTUALNY SPOILER!]
    !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    hmm, nie wiem czy zauważyłeś, ale w pewnym momencie śledztwo może doprowadzić do pseudo zabójcy z origami ;) więc nie tylko jedna osoba zabijała dzieci
    !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

  4. Tomasz „abrasante” Karulski
    Kwiecień 13th, 2010 at 20:27 | #4

    Co mnie najbardziej zainteresowało w recenzji to wzmianka o tym jak wpływa gra na nasze samopoczucie. Chodzi mi o możliwość własnych decyzji, z tym samym spotkałem się przy świetnym Fallout 3 w którym w połączeniu z otwartym światem dawało zajebisty efekt.

    Raczej PS3 dla samego HR nie zakupie, ale cieszy mnie fakt iż tworzą się produkcje tego typu. Bardziej ambitne.

    Świetna recenzja nawiasem mówiąc :)

  1. Brak jeszcze trackbacków